Gram na instrumentach klawiszowych, różnie zwanych – jedni mówią na to piano, inni klawisze, jeszcze inni „organy”. Prawie każdy muzyk coś tam kiedyś skończył, ja również – chociaż nie było to nic co by mogłoby w znaczący sposób zmienić fakt, iż jestem samoukiem. Moja kariera (jeśli można tak to nazwać) rozpoczęła się w wieku 10-12 lat , dokładnie niestety nie pamiętam, gdyż nigdy do tego nie przywiązywałem zbyt dużej wagi. Chyba zaczęło się od lekcji muzyki w szkole podstawowej, gdzie zafascynowany ogrywaniem szalonych pieśni typu „Nie Płacz Ewka” przez moją nauczycielkę od muzyki (w której się podkochiwałem, jak połowa mojej szkoły) postanowiłem jej zaimponować własną grą na pianinie.

Rodzice widząc mój muzyczny zapał kupili mi „organy” Casio za co niezmiernie im dziękuję (a były to czasy PRL, więc o instrument „z zagranicy” nie było łatwo). Na tej imitacji fortepianu stawiałem swoje pierwsze nieporadne kroki, ucząc się nut i prostych akordów. Początki z reguły są trudne, więc trwało to trochę, a w międzyczasie awansowałem z „organ” Casio na pięknie brzmiące poniemieckie pianino, które mój tato znalazł na śmietniku. Posiadanie pianina miało swoje wady, gdyż słyszało mnie pół bloku, za to ogromne zalety z brzmienia i ważonej klawiatury.

Zapisałem się wtedy do prywatnego ogniska muzycznego i na indywidualne lekcje klasyki. Miałem też okazję wskoczyć do Szkoły Muzycznej , ale patrząc z perspektywy czasu chyba lepiej dla mnie, że jednak los chciał inaczej. Przeżywszy mękę prywatnych lekcji gry muzyki klasycznej, z tak zwanych winogron (czyli w żargonie muzycznym – nut), skrzywiony przez numerowanie nutek numerami palców prawej i lewej dłoni, a także przez ten jakże prawdziwie bujający klasyczny słowiański puls – zacząłem z uporem koncentrować się na drzezie, chociaż nie miałem pojęcia o co tam chodziło. Mając na myśli jazz nie interesowałem się tym klasycznym głównym nurtem (mainstreamem), przypominającym zaklinanie węża, ale na czymś pobocznie czerpiącym z natury jazzowej – fusion, r&b, gospel, blues. Potem pierwszy poważny mobilny instrument – piano Rolanda (RD700 z tego co pamiętam), ważące chyba ze 30 kg w walizie i pierwsze nieudane próby z różnymi projektami, pierwsze poważne składy, w tym bluesowy, gdzie pojąłem co to pentatonika w E-moll i A-moll. Miałem chyba wtedy 21 lat, gdy zacząłem swoje przygody ze składami muzycznymi. Wędrowałem trochę po omacku – skład coverowy lat 80-tych, zespoły rockowe, muzyka autorska, bluesowa jak i popowa, nieprzespane noce i jam sessions w szczecińskim Free Blues. Wtedy chyba trochę stanąłem w miejscu, gdzie pomogła mi zdobyta z trudem masa materiałów z teorii jazzu i zerwanie z dotychczasowymi bagiennymi zasadami harmonii i muzyki ogólnie. Potem już było coraz więcej drzew i bardziej lub mniej udane projekty muzyczne. Z niektórych jestem dumny, innych bardzo żałuję, ale najważniejsze będzie zawsze to co nas dopiero spotka.

początek edukacji muzycznej: w wieku 12 lat
gram na: fortepian, instrumenty klawiszowe
główne gatunki: jazz, gospel, soul, r&b, fusion
moje podstawowe instrumenty:  Nord Electro 5HP i Korg Kross2
moje inspiracje: Michel Petrucciani, George Duke, Bill Evans, Herbie Hancock, Esbjörn Svensson, Jeff Lorber, Mike Stern, Kenny Garrett, Miles Davis